UWAGA! Ten serwis używa cookies.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
MENU:
Reklama
Jonizator wody Aquator Silver
Jonizator wody Aquator Silver
Facebook
Googleplus
Twitter

Komentarze

Lek z nieistniejącego jednorożca

Aby lek działał prawidłowo, nie wystarczy, że został wszechstronnie przebadany i sprawdzony. Potrzeba jeszcze, by pacjent wierzył w jego skuteczność. A idealny układ jest wtedy, gdy i lekarz, i pacjent są święcie przekonani, że konkretny środek przynosi zdrowie, wtedy leczenie przynosi rewelacyjne, wręcz cudowne skutki.

Tak właśnie było z penicyliną, którą na masową skalę leczyć zaczęto tuż po drugiej wojnie. Wiara w ten lek była tak bezgraniczna, że wywoływała sprzężenie zwrotne: ranni zdrowieli w tempie wywołującym zdumienie lekarzy, co umacniało ich wiarę w ten lek, a to z kolei wpływało na wiarę pacjentów. W podświadomości zbiorowej wytworzyło się wskutek tego przekonanie, że jest to panaceum na wszelkie choroby – i penicylina tak działała i tak była stosowana. Wiara w nią osłabła wtedy, gdy wynaleziono inne, konkurencyjne antybiotyki.

Czy gdyby podobną wiarą otoczono placebo, działałoby równie skutecznie?

Na powyższe pytanie znajdujemy odpowiedź w XVII-wiecznym Gdańsku, kiedy to podobną karierę, jak penicylina w XX wieku, zrobił lek z jednorożca. Znajdował się na liście leków stosowanych przez oficjalną medycynę, najlepszego o nim zdania byli tacy fizycy gdańscy, jak Jan Sommerfeld, Jan Ernest Scheffler czy Jan Schmiedt. Ci dwaj ostatni znani byli nie tylko z tego, że dokonali spisu leków, jakie powinny być dostępne w aptekach, ale i podali sposoby ich przyrządzania; na liście tej jednorożec (unicornu) zajął przodujące miejsce. Zalecany był jako środek odtruwający, zwalczający szczególnie skutecznie dżumę – tak wtedy nazywano wszelkiego rodzaju choroby epidemiczne.

Działał wtedy w Gdańsku cech chirurgów, posiadający przepisy oparte na statucie Rady Miejskiej zatwierdzonym przez królów polskich. Dbał on tak o należytą ilość lekarzy w mieście, jak i o wykształcenie mistrzów chirurgii. Służba zdrowia była więc zorganizowana wzorowo, toteż gdy pojawiali się leczący bez uprawnień, łatwo ich było przepędzić.

Aż tu „5 grudnia 1634 roku przed urzędującym wiceburmistrzem Janem Czirenbergiem pojawił się Eustachy Holwell, prosząc go o wpisanie do ksiąg miejskich zeznań mieszkańców Gdańska, świadczących o dokonanych przez niego licznych wyleczeniach przy pomocy jednorożca” (St. Sokół, Kartka z dziejów gdańskiej medycyny XVII w.). Co było robić? Choć Holwell był kupcem, żadnych uprawnień medycznych nie posiadał, lista cudownie uleczonych była długa i poświadczona przez znamienitych obywateli. Wiceburmistrz uznał, że z faktami walczyć nie należy i wpisu dokonał.

Wzburzyło to gdańskich doktorów medycyny. Jakże to tak? Oni uczą się latami, pracują w oparciu o wydane przez Radę Miejską przepisy, a tu przychodzi jakiś kupiec i zostaje uznany za cudotwórcę? Uzbrojeni w uzyskany 9 lutego 1636 roku, bez wiedzy władz miejskich, od króla Władysława IV edykt przeciw partaczom wystąpili do Rady Miejskiej z propozycją utworzenia tzw. Collegium Medicum, pewnego rodzaju Izby Lekarskiej, która między innymi miałaby za cel strzec należytego przestrzegania przepisów o wykonywaniu praktyki lekarskiej i nie dopuszczać do uprawiania partactwa w medycynie na terenie Gdańska – pisze Sokół.

Nic jednak z tego nie wyszło, bowiem Rada Miejska nie wyraziła na propozycję zgody. Odmowę zaś uzasadniła tym, że samozwańczy medycy często leczą lepiej niż doktorzy.

Jednej sprawy nikt wówczas nie podnosił – nikt nie podważał leku, za pomocą którego Holwell dokonał tych licznych uzdrowień, bo nikt nie wątpił, że jednorożec istnieje. Opisywano go z wszelkimi szczegółami: zwierzę podobne do dzikiego osła, ale wielkości konia, ma białą skórę i ciemnoniebieskie oczy; z purpurowej głowy sterczy mu róg u podstawy biały, w środku czarny, u szczytu purpurowy. Wiedziano nawet, że róg mierzy 1,5 łokcia długości. A jednak lek z mitycznego zwierzęcia był skuteczny! Medycyna obfituje w takie zagadki.