UWAGA! Ten serwis używa cookies.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
MENU:
Reklama
Jonizator wody Aquator Silver
Jonizator wody Aquator Silver
Facebook
Googleplus
Twitter

Komentarze

Leki na śmietniku

Leki na śmietnikuKto regularnie robi porządki w domowej apteczce? Przynajmniej raz do roku? Owszem, są tacy, którzy mają pełną kontrolę nad trzymanymi w domu medykamentami – i datami ich przydatności do spożycia – ale statystyczna większość Polaków, nie zdając sobie nawet z tego sprawy, przechowuje w kuchennych albo łazienkowych szafkach istne bomby chemiczne. Niedokończony antybiotyk, kupiony na zapas lek, który stracił ważność, zanim się przydał, zaschnięta resztka syropu na kaszel w butelce, co już nawet odkręcić się nie daje – zalegają w tysiącach domostw, czekając… właśnie, na co?

 

Przeterminowane leki albo te jeszcze przydatne, których z jakiegoś powodu nie zużyliśmy do końca – stanowią problem znacznie większy niż miejsce, które zajmują w domowej apteczce. Zwłaszcza wtedy, kiedy chcemy się wreszcie ich pozbyć. Och, cóż wielkiego, parę tabletek, powie ktoś. A jednak – wierzyć się nie chce, ale ilość zbieranych odpadów medycznych w samej stolicy to… kilka ton rocznie. Pomnóżmy to przez ilość choćby tylko większych miast wojewódzkich w Polsce.

 

Recykling z piekła rodem

Ta góra medycznych odpadów to nie tylko ambaras ilościowy. Pół biedy, gdyby chodziło wyłącznie o zwiększony przerób śmieci w miastach i gminach. Owszem, w wielu polskich aptekach można skorzystać ze specjalnych pojemników na niewykorzystane, stare lekarstwa, sami farmaceuci także w podobny sposób pozbywają się niesprzedanych zapasów, ale zdarza się przecież, że – zanim nawet pomyślimy – pogięty blisterek z końcówką leku trafia do kosza na śmieci, a stamtąd na wysypisko. Wyrzucając leki, nie zdajemy sobie sprawy z konsekwencji. Może się bowiem zdarzyć, i często tak się dzieje, że kolorowe pastylki przyciągną uwagę dzieci bawiących się na podwórku albo trafią w ręce bazarowych handlarzy, którzy bez skrupułów sprzedadzą je „po atrakcyjnej cenie” komuś naiwnemu. I nieszczęście gotowe.

 

Wypij to jeszcze raz

Ale skutki bezmyślnego wyrzucania lekarstw sięgają jeszcze dalej – to wręcz piłowanie gałęzi, na której siedzimy. Leki to przeważnie chemikalia, a kiedy je nonszalancko wyrzucamy do kosza czy do toalety, zatruwamy środowisko naturalne. W wyniku rozkładu tych substancji powstaje poważne zagrożenie ekologiczne. Również nie każda oczyszczalnia ścieków jest przygotowana na neutralizację związków chemicznych, zawartych w medykamentach. Jak potwierdzają badania naukowe, składniki np. antybiotyków mogą zanieczyszczać wody gruntowe. Kiedy uprzytomnimy sobie, że wraz z herbatką wypijamy to, co bez refleksji wcześniej wyrzuciliśmy, będziemy może bardziej skłonni pofatygować się z przeterminowanym lekarstwem do apteki, która prowadzi zbiórkę takich odpadów.

 

Schować czy spalić?

Niestety, nie ma w Polsce regulacji ustawowych, które nakazywałyby odgórnie aptekom czy urzędom miejskim obowiązek takich działań. Miasta i gminy, które tego typu działalność prowadzą, finansują ją z miejskich budżetów i robią to na drodze wewnętrznych ustaleń, rozumiejąc zagrożenie, jakie mogą stwarzać przeterminowane lekarstwa. Czuwają nad tym wojewódzkie inspektoraty farmaceutyczne, a niepotrzebne leki trafiają do zakładów utylizacji, gdzie są profesjonalnie neutralizowane. Zwykle poprzez spalanie, gdyż jest to jedyna forma unieszkodliwienia szkodliwych substancji chemicznych.

Istnieją jeszcze w Polsce tu i ówdzie tak zwane mogilniki, czyli pochowane przeważnie po lasach wybetonowane doły, w których składowano przez lata niebezpieczne odpady chemiczne, w tym także przeterminowane leki. To pozostałość po czasach starego systemu – ufając w „wiecznotrwałą” szczelność owych betonowych bunkrów, magazynowano w nich, zamiast bezpiecznie utylizować, istne bomby chemiczne. Beton – jak większość dzieł ludzkiej ręki – ma to do siebie, niestety, że wiecznotrwały nie jest. Dziś pojemniki te tracą szczelność, a szkodliwe substancje, które nie uległy rozkładowi, przesączają się do gleby, zatruwając ją. Na szczęście podjęto już decyzję: mogilniki mają przestać istnieć do końca 2010 roku.

 

Góra śmieci, góra pieniędzy

Ale skąd się biorą farmaceutyczne odpady w tak przerażających ilościach? Spójrzmy prawdzie w oczy, jesteśmy narodem lekomanów i uwielbiamy mieć w domu rozmaite lekarstwa „na zapas”. Bardzo często kupujemy, zupełnie bez sensu, na czarną godzinę, która zwykle (na szczęście) nie nadchodzi, przeróżne farmaceutyki dostępne bez recepty – ot, choćby przy okazji zakupów w supermarkecie. Coś przeciwbólowego, coś na kaca, coś na żołądek, może aspirynę, żeby w razie czego była „jak znalazł”, i tak rośnie nam w domu coraz większa górka chemikaliów – bo przecież „bez recepty” nie oznacza „bez chemii”… Ale na śmietnik trafiają także leki przepisywane przez lekarzy, także te refundowane – czyli te, do których dokładamy wszyscy z naszych własnych podatków. Warto przypomnieć, że na leki bez recepty jako naród wydajemy rocznie ponad 6 miliardów złotych, a te na receptę kosztują nas ponad 10 miliardów. Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego bezmyślnie padamy na lep promocji, programów lojalnościowych, leków za złotówkę czy za grosik, kupując leki zupełnie nam czasem niepotrzebne?

 

Bądź odpowiedzialny

Jeśli chociaż mały procent czytelników zechce po lekturze tego tekstu przejrzeć zawartość szuflady czy pudełka z lekami – apeluję gorąco: te stare zanieście do apteki, w której znaleźć można specjalny pojemnik przeznaczony do tego celu. Te, których termin ważności jeszcze nie upłynął, można na przykład oddać w miejscowym hospicjum albo w Caritasie. Możecie być pewni, że tam trafią przede wszystkim w ręce lekarzy, którzy będą wiedzieli, co z nimi zrobić. To na pewno lepszy pomysł niż próba sprezentowania ich komuś bliskiemu, komu „mogą się przydać” – z dużą dozą prawdopodobieństwa nie przydadzą się wcale, a co gorsza, mogą zaszkodzić. Jeśli zupełnie nie macie pojęcia, do kogo się z tym zwrócić, farmaceuta w waszej aptece albo lekarz w przychodni powinien podpowiedzieć rozwiązanie.

 

Marianna Królikowska