UWAGA! Ten serwis używa cookies.

Brak zmiany ustawienia przeglądarki oznacza zgodę na to.

Zrozumiałem
MENU:
Reklama
Jonizator wody Aquator Silver
Jonizator wody Aquator Silver
FITNESS.WP.PL
Facebook
Googleplus
Twitter

Komentarze

  • Niedowład ręki można pokonać!

    Witam. Mam 65 lat, ostatnim czasem zauważyłem u mnie dziwne objawy. Początkowo były to szybkie zmęczenia dłoni i rąk, potem zauważyłem, że lewa powiek...
    Janusz
  • Witamina D – witaminą słońca

    Kupiłam niedawno d-vitum forte. Wiadomo, że najlepsze są rybki, ale ja nie lubię ich smaku. Aptekarka powiedziała, że 1 tabletkę mam brać. Podobno u ...
    Magda
  • Witamina D

    Chyba będę musiała się zaopatrzyć w tą d-vitum forte. Jutro przejdę się do apteki
    Iza
  • Grzybica paznokci - objawy, leczenie

    U mnie sprawdza się bardzo lek trioxal, który się bierze doustnie pulsowo. Mam do tego ściągniętą aplikację mobilną ze strony leczpaznokcie.pl, żeby n...
    ewelina
Reklama

Termoablacja guzów wątroby

Termoablacja guzów wątrobyZ dr. Dariuszem Zadrożnym rozmawia dr Janusz Zdzitowiecki.

 

– Na czym polega termoablacja?

– Guzy wątroby niszczy się za pomocą skrajnych temperatur. Tkanki – niezależnie, zdrowe czy nowotworowe – nie mogą przeżyć, jeśli zniszczy się je zamrażaniem do temperatury -22oC lub podgrzaniem do ponad 50oC. Albo więc wprowadza się do środka guza sondę przez którą przepływa ciekły azot, albo elektrodę przez którą przepuszczamy prąd odpowiednio wysokiej częstotliwości.

 

– I to wystarczy do podgrzania nowotworu do tej temperatury?

– To działa jak kuchenka mikrofalowa. Istnieją też techniki oparte na wykorzystaniu częstotliwości mikrofalowych – stosuje się je głównie w Japonii.

 

– Gotowanie nowotworu od wewnątrz?

– Można to tak określić. W pobliżu elektrody uzyskuje się temperatury ponad 100oC – to już rzeczywiście „gotuje” tkanki.

 

– A co ze zdrowymi tkankami wątroby?

– Gdyby elektroda była wprowadzona do zdrowego miąższu wątroby, też zabijałaby tkanki. Żeby takiego błędu nie popełnić trzeba cały proces leczenia monitorować za pomocą np. USG.

 

– No, dobrze. Po co jednak to robić; czyż nie można po prostu wyciąć guza? Są przecież w Polsce ośrodki w których chirurgia wątroby stoi na światowym poziomie?

– Termoablacja nie jest metodą, która, w obecnym stanie wiedzy, może zastąpić chirurgię. Wciąż uznajemy, iż jeżeli można wyciąć guz z bezpiecznym marginesem – należy to zrobić i chorym, którzy się do nas zgłaszają proponujemy w takich przypadkach skalpel nie elektrodę. Statystyki są jednak nieubłagane – znacznej większości chorych w żadnym ośrodku na świecie chirurg nie może pomóc.

Głównym polem działania ośrodków wykonujących termoablację jest rak wątrobowokomórkowy i przerzuty z raka jelita grubego. Pierwszy, rzadziej spotykany, rozwija się głównie na podłożu marskości wątroby, co uniemożliwia czasem większe operacje. To guz, który znany jest ze scen filmowych, w których lekarz mówi pacjentowi: „Ma pan 3 miesiące życia”. Na szczęście nie dotyczy to wszystkich chorych. Zarówno chirurgia, jak też metody nieinwazyjne pozwalają na uratowanie części spośród tych pacjentów. Drugi – rak jelita grubego – to częsty nowotwór, stąd wielkie nim zainteresowanie zarówno chirurgów, jak też onkologów. W różnych statystykach podaje się, iż w 50–60% przypadków rak jelita grubego daje przerzuty do wątroby. Mogą się one pojawić nawet przed ujawnieniem ogniska pierwotnego albo wiele lat po jego usunięciu. Szacuje się, iż 40–50% chorych po operacji wycięcia guza jelita grubego umiera przed upływem 5 lat od zabiegu – głównie właśnie z powodu przerzutów do wątroby. Jedynie te osoby, u których wycięto lub w inny sposób zniszczono przerzuty w wątrobie mogą liczyć na długotrwałe przeżycie. Co czwarty, piąty chory ma w momencie rozpoznania chorobę ograniczoną do wątroby i potencjalnie możliwą do zlikwidowania. Ale nawet w najlepszych chirurgicznych ośrodkach prawie połowa z tych pacjentów jest dyskwalifikowana już na sali operacyjnej. Czyli w praktyce jedynie co dziesiąty jest skutecznie operowany, a 25–30% z nich przeżyje ponad 5 lat.

Reklama
Reklama

 

 

– Czy to znaczy, że dla pozostałych jest termoablacja?

– Nie tylko i nie dla wszystkich. Stosuje się bowiem też chemioterapię. Jednak czasem – trzeba to wyraźnie podkreślić – medycyna współczesna nie jest w stanie zapewnić tym chorym żadnego skutecznego leczenia.

 

– Nawet termoablacja nie wchodzi w grę?

– Termoablacja nie jest panaceum na raka. Daje nadzieję na przeżycie tylko tym chorym, u których nowotwór ograniczony jest jedynie do wątroby. Pacjenci kwalifikowani do tego zabiegu nie mogą mieć innych przerzutów (w węzłach, kościach, płucach) ani tzw. wznowy miejscowej – czyli guza w okolicy, z której został pierwotnie wycięty. Takim chorym sama termoablacja nie pomoże.

Sprawą dyskusyjną jest łączenie różnych metod, np. wycięcie wznowy miejscowej lub radioterapia, a następnie termoablacja.

 

– A coś bardziej pozytywnego?

– Japończycy podają 98% rocznych i ok. 80% trzyletnich przeżyć po termoablacji w raku wątrobowokomórkowym w grupie chorych z małymi guzami i dobrą funkcją wątroby. To już coś. A w przerzutach raka jelita grubego niektórzy podają nawet zbliżony do 1/3 odsetek osób przeżywających ponad 5 lat.

 

– Jest o co walczyć. A jak w praktyce wygląda sam zabieg?

– To zależy. Zwykle przeprowadzamy go wspólnie z radiologami w gabinecie radiologii inwazyjnej – nawet nie w sali operacyjnej. Oczywiście jest ona wyposażona w aparaturę do znieczulenia – obecnie praktycznie wszyscy chorzy są znieczulani ogólnie, choć intubacja (wprowadzenie rurki do tchawicy) rzadko jest konieczna. Po zaśnięciu pacjenta chirurg i radiolog lokalizują guz, który ma być poddany ablacji i pod kontrolą USG wprowadzają do niego elektrodę o średnicy ok. półtora milimetra. Nie przecinamy brzucha; bardziej przypomina to nakłucie czy zastrzyk. Włączenie aparatu powoduje zniszczenie około 3, maksimum do 4 centymetrów tkanek. Potem w zależności od tego jak duże jest ognisko i ile ich jest, następuje przesuwanie elektrody, wkłuwanie do kolejnego guza i kolejne przepuszczanie prądu wysokiej częstotliwości. Trwa to czasem dwie godziny, a nawet dłużej.

 

– ... Jedynie ukłucie i dalej aparatura załatwia resztę...

– Tak, ale samo wkłucie nie należy do zabiegów łatwych. Centralne trafienie guzka o średnicy 2 cm z odległości 20 cm pod kontrolą USG, bywa bardzo trudne, znacznie łatwiej nakłuć większą zmianę 4–5 cm – tu jednak należy dobrze rozplanować kolejność wkłuć, gdyż takie zmiany leczy się za pomocą co najmniej 6 aplikacji prądu. Uczyliśmy się tego dość długo.

 

– Ile zmian można poddawać termoablacji?

– Nie kwalifikujemy osób z więcej niż 8 guzami. To górna granica w przypadku małych zmian. Ale i tak jednorazowo nie niszczymy więcej niż 3–4 przerzuty. To dla bezpieczeństwa i komfortu chorych. Resztę załatwiamy po kilku tygodniach.

 

– Rozumiem z tego, iż chorzy cierpią po zabiegu?

– Nie, jednak prawie wszyscy mają odczyn ogólnoustrojowy i zwykle gorączkują. Czasem, gdy niszczona zmiana jest położona blisko torebki wątroby, pojawiają się lekkie bóle. Paracetamol zazwyczaj wystarcza.

 

– Bywają powikłania?

– Na szczęście są wyjątkowo rzadkie. Spotkaliśmy się z ropniem wątroby, w jednym przypadku doszło do uszkodzenia jelita grubego przylegającego do niszczonego przerzutu.

 

– Dziękuję za rozmowę.

 

…………

 

Elektrodę w postaci igły wprowadza się w centralne miejsce guza pod kontrolą USG. Igła dokonuje zniszczenia przez wytwarzanie prądu wysokiej częstotliwości. Dzięki temu cząstki poruszające się ulegają tarciu i niszczy się białko komórki nowotworowej. Zabieg jest mało inwazyjny dla organizmu chorego, jest tzw. bezkrwawą operacją. Korzyści dla chorych to przedłużenie życia i poprawa jego komfortu. Chirurdzy nie rozcinają jamy brzusznej pacjenta, nie ma więc trudno gojących się ran. Już następnego dnia po zabiegu chory może wyjść do domu.


Sklep Poradnia.pl poleca